Sierpień w Rzymie mogę porównać do kąpieli we wrzącym rosole.
Tego dnia było tak gorąco, że marzyłam o tym, aby zamieszkać w zamrażarce.
I nie była to żadna metafora.
Przyszła do mnie Gabi (moja ówczesna rzymska przyjaciółka, która pochodziła z Krakowa).
Położyłyśmy się na kanapie w salonie, włączyłyśmy kilka wiatraków i podjadałyśmy schłodzonego arbuza.
Zastanawiałyśmy się gdzie wyjechać.
Marzyłyśmy o pięknej i pustej plaży, czystym morzu oraz beztroskich wieczorach, spędzanych w beach barach.
W pewnym momencie odwiedził nas właściciel mieszkania – Gianni.
Spytałyśmy się go, czy poleca nam jakieś mniej popularne miejsce na wyjazd wakacyjny.
Bez zastanowienia odpowiedział, że posiada dom rodzinny w Kalabrii, który stoi pusty i jeśli chcemy, to możemy tam pojechać.
Gabi kiedyś wspominała, że Gianni opowiadał jej trochę o tym miejscu, ale nie spodziewałyśmy się, że nas tam zaprosi.
Odparłyśmy, że BARDZO chcemy, a następnie w okrzykach radości dziękowałyśmy za zaproszenie.
PRZYGOTOWANIA DO WYJAZDU
Nazwy miasteczka SANT’ANDREA APOSTOLO DELLO IONIO uczyłam się chyba tydzień.
Z tego co wyczytałam można w nim było znaleźć:
- jeden sklep
- jeden autobus (który kursował codziennie do godziny 17:30)
- jedną taksówkę (dzieloną na trzy inne miejscowości)
- jeden plac
- jeden kościółek
- krętą niczym serpentyna drogę, która przebyta na piechotę w dół… po 1,5 godzinie pozwalała znaleźć się na plaży oraz w przybrzeżnych barach (z tego co pamiętam chyba trzech)
Byłam bardzo podekscytowana, bo jeszcze nigdy wcześniej nie miałam sposobności pomieszkać we włoskiej wiosce.
Gianni powiedział, że na miejscu jego domem zajmuje się pewien Rocco.
Rocco to przyjaciel rodziny i będzie nam także pomagać, kiedy przyjedziemy.
Odbierze nas ze stacji, włączy wodę, prąd, pokaże jak działa kuchenka i podwiezie nas w różne miejsca, jeśli tylko będziemy tego potrzebować.
Nie wiem jaki proces myślowy zadział się w naszych głowach (mojej i Gabi), ale imię Rocco sprowokowało nas do ciągłych żartów.
Wymyśliłyśmy, że Rocco będzie pięknym, umięśnionym i postawnym mężczyzną, na którego widok ugną się nam nogi.
Z zachwytu.
Wymyśliłyśmy też, że będzie czarujący, uwodzicielski i bardzo charyzmatyczny.
Tak długo opowiadałyśmy sobie w żartach różne historie z Rocco w roli głównej, że miałyśmy w głowie jego konkretny obraz.
WYJAZD
Wsiadłyśmy do pociągu.
Najpierw miałyśmy jechać około 7-10 godzin do stacji Lamezia Terme Centrale.
Nie pamiętam już dlaczego, ale z jakiś względów musiałyśmy wybrać najdłuższą trasę.
Niestety w naszym przedziale popsuła się klimatyzacja, dlatego kiedy wysiadłyśmy, byłyśmy spocone jak dzikie myszy.
Na stacji wypatrywałyśmy Rocco.
Gabi poszła do toalety i zostawiła mi swój telefon, bo właśnie na jej numer miał dzwonić nasz przystojny pomocnik.
Nagle zobaczyłam wysokiego mężczyznę, łysiejącego, w okularach z bardzo grubymi szkłami i z pokaźnym, piwnym brzuszkiem.
Przez to, że w głowie miałam swoje wyobrażenie, totalnie nie podejrzewałam, że to właśnie może być Rocco.
Jak się pewnie domyślasz, to był właśnie on.
Wsiadłysmy do samochodu.
Gabi z przodu, a ja z tyłu.
Przyznam Ci się w sekrecie, że kiedy nie chciało mi się z różnych względów rozmawiać po włosku, to rżnęłam przysłowiowego głupa, udawałam, że niewiele rozumiem i dzielna Gabi udzielała się towarzysko.
Byłam bardzo zmęczona, śpiąca i totalnie przegrzana po podróży w pociągowej saunie.
Milczałam i z trudem starałam się nie zasnąć.
Nagle usłyszałam, że Rocco powiedział do Gabi: ta Twoja koleżanka jest molto bella! Czy ma chłopaka?
Gabi już mnie znała i wiedziała co powiedzieć: że mam narzeczonego i jestem z nim bardzo szczęśliwa.
To nie zraziło Rocco i w zasadzie biedna Gabi przez całą podróż do domu Gianniego musiała słuchać, jakie to ja mam piękne oczy, że narzeczony to nie ściana i można go przesunąć.
Trzeba przyznać, że Rocco był tak subtelny i taktowny, jak dzik wbiegający w żołędzie.
Czyli wcale.
Dojechałyśmy na miejsce i nawet męczący słowotok naszego nowego kolegi nie popsuł tego wyjątkowego momentu.
Wyobraź sobie piękny, trzypiętrowy dom, którego dach zabarwiło słońce.
Dom, z wieloma tarasami, wielkimi oknami i balkonami wyrastającymi z każdego pomieszczenia.
Dom z niesamowitym tarasem na dachu, z którego widać było plażę, wybrzeże i morze.
Tego naprawdę się nie spodziewałyśmy i pamiętam tę chwilę kiedy z podekscytowaniem otwierałyśmy drzwi i weszłyśmy do środka.
Wybrałam sobie sypialnię na pierwszym piętrze, od strony drzwi wejściowych.
W pokoju znajdowało się wielkie łoże z piękną ramą, toaletką, regałami i wyjściem na ogromny balkon.
Byłam zachwycona.
Podziękowałyśmy Rocco za podwózkę ze stacji i zamknęłyśmy drzwi.
Nie minęło nawet pół godziny, a zdążyło nas odwiedzić już kilka osób.
Mama Rocco przyniosła nam wędzone szynki i pyszne oliwki.
Ktoś podrzucił wino, a jeszcze inna osoba domowe sery.
Byłyśmy wzruszone i oszołomione serdecznością lokalnych mieszkańców, którzy bezinteresownie postanowili nas powitać w swoim miasteczku.
Zdrzemnęłyśmy się, pobimbałyśmy i poszłyśmy na spacer.
Miejsce było śliczne, chociaż faktycznie malutkie.
Z tego co przed chwilą sprawdziłam, w 2016 roku gminę zamieszkiwało tylko 1900 osób.
Zrobiłyśmy zakupy, wybiła godzina 19:00 i wróciłyśmy do naszego pięknego domu.
Ten wieczór postanowiłyśmy spędzić na tarasie, na dachu.
Rozłożyłyśmy szynki, sery, warzywa, chleb i rozlałyśmy wino do kieliszków.
Widok był tak piękny, że nie jestem w stanie oddać tego słowami.
Właśnie dla takich chwil kocham podróże, nie boję się podejmować spontanicznych decyzji i nigdy nie trzymam się sztywnego planu.
Zanim zasnęłam, to jeszcze chwilę rozmyślałam sobie w łóżku.
Czułam, że ten wyjazd będzie wyjątkowy, bo gdyby nie Gianni, to nigdy bym nie wylądowała w takim miejscu.
Nagle wydawało mi się, że ktoś szepnął moje imię.
Stwierdziłam, że zmęczenie płata mi figle i słyszę głosy w głowie.
Za minutę moje imię zostało wypowiedziane nieco głośniej.
Wyszłam na balkon, a na dole stał Rocco.
Okazało się (o zgrozo), że jego dom znajduje się naprzeciwko naszego.
Spytałam: o co chodzi?
Na co on odparł, że spotkanie ze mną zmieniło jego życie (czyli godzinna przejażdżka samochodem, podczas której uparcie milczałam).
Że jestem najpiękniejszą istotą pod słońcem i żebym zeszła… bo on mi pokaże, jak włoski mężczyzna jest w stanie zadbać o kobietę.
Że mój narzeczony jest daleko, że jego narzeczona jest w Mediolanie… tak więc nic nie przeszkadza naszej miłości.
Byłam w szoku i nie wiedziałam czy bardziej miałam ochotę rzucić w niego zgniłym jajcem, czy wrócić do pokoju, zamknąć okno i udawać, że to żenujące przemówienie nigdy nie miało miejsca.
Uznałam jednak, że na poczet dobrych stosunków, potraktuję go w miarę łagodnie.
Wyjaśniłam, że nie jestem zainteresowana, a z moim (wyimaginowanym) narzeczonym łączy mnie gorące oraz silne uczucie.
Nie czekając na odpowiedź pożegnałam się, zamknęłam okno i poszłam spać.
Rano opowiedziałam Gabi co zaszło przed snem.
Popłakała się ze śmiechu i powiedziała, że wraz z zaproszeniem na wakacje od Gianniego, dostałam narzeczonego w gratisie.
Taka ze mnie szczęściara.
Dwa dni później do drzwi domu zapukała mama Rocco.
Zaprosiła nas na kolację i pomimo mojej niechęci do spędzania czasu z jej synem – nie mogłyśmy odmówić.
Chciała nas ugościć, poznać, przygotować lokalne potrawy i po prostu porozmawiać.
Na kolację stawiłyśmy się punkt 19:00.
Pani Mamma ubrała się odświętnie, posadziła nas przy suto zastawionym stole, przedstawiła resztę rodziny i nalała nam domowy likier do kieliszków.
Likier był pyszny, ale miał chyba miliard procent i momentalnie poczułam szum w głowie.
Rocco cały czas się na mnie patrzył tak, jak mój pieseł na wołową kiełbaskę.
Udawałam, że nie czuję jego wzroku na sobie i wcale mnie to nie krępuje.
Poznałam też jego brata.
Ucięliśmy sobie miłą, kulturalną pogawędkę… do momentu kiedy Pani Mamma wyszła z pokoju, a on wysłał mi buziaczka w powietrze.
Gabi nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, a ja wypiłam jeszcze jeden kieliszek likieru.
Nie sądziłam, że ta chwila zapoczątkuje lawinę abstrakcyjnych sytuacji, o których prawie 10 lat później będę pisać na moim blogu.
Ciąg dalszy nastąpi… 🙂
Jeśli przeczytałas/eś moję historię do końca i Ci się spodobała, to zostaw ślad pod najnowszym post na FB lub na IG.
Każdy komentarz dodaje mi otuchy i motywuje do dalszego pisania.
Całuję mocno,
Karolina